Abp Józef Kupny: Niech Jezus Chrystus narodzi się w nas!

fot. RK

Jakie były ostatnie trzy tygodnie Adwentu dla metropolity wrocławskiego? Jak przeżywać radośnie okres Bożego Narodzenia? Dlaczego metropolita podjął decyzję o udzielaniu dyspensy? Czy puste kościoły są proroctwem przyszłych czasów? Jak arcybiskup wyobraża sobie wizytę duszpasterską w czasie pandemii?- na te pytania odpowie ks. abp Józef Kupny w rozmowie z ks. Rafałem Kowalskim.

– Rok 2021 był pod wieloma względami trudny dla wszystkich, mówi metropolita wrocławski – abp Józef Kupny.

-Znaki zewnętrze mają być wyrazem tego, co mamy w sercu, podkreśla abp Józef Kupny.

Z metropolitą będziemy rozmawiać także o decyzji ws. udzielania dyspensy od Mszy św oraz wizycie duszpasterskiej.

POSŁUCHAJ:

Księże Arcybiskupie, można powiedzieć, że tegoroczny adwent był inny niż wszystkie jakie przyszło nam przeżywać, to tak naprawdę nic nie powiedzieć… Wielu ludzi mówi, że nie czuje atmosfery zbliżających się świąt, że nie potrafią się cieszyć z tych dni i że nie są one tak wyczekiwane jak w poprzednich latach. Jakie były ostatnie 3 tygodnie adwentu dla Księdza Arcybiskupa?

Nie ulega wątpliwości, że  kończący się rok 2020 był pod wieloma względami trudny dla wszystkich. Za nami przecież Święta Zmartwychwstania Pańskiego, w czasie których nie mogliśmy spotkać się w kościołach na najważniejszej liturgii w ciągu roku – na Wigilii Paschalnej. Życie w szkołach, firmach, a także w Kościele przeniosło się przynajmniej w dużej części do przestrzeni wirtualnej i trudno się dziwić ludziom, którzy coraz głośniej mówią, że tęsknią za spotkaniami twarzą w twarz, czy tym, którzy chcą już móc normalnie pracować. Rozumiem, że wielu ludzi nie widzi powodów do radości. Pracownicy wielu branż – od medycznej zaczynając, ale także turystycznej, restauracyjnej, rekreacyjnej, właściciele różnych zakładów, salonów, małych sklepów mówią, że zachwiane zostało to, co stanowiło w dużej mierze o ich bezpieczeństwie, a najgorsza w tym wszystkim pozostawała niepewność i brak odpowiedzi na pytanie: „kiedy to się skończy”. Nie przesadzę kiedy powiem, że cały mijający rok był dla nas czymś w rodzaju adwentu. Cały świat oczekiwał i oczekuje na wyzwolenie, na nadzieję, na radość. Paradoksalnie – patrząc z perspektywy wiary – możemy zrozumieć teksty zapisane np. przez proroka Izajasza, który mówi o tym, że przyjście Boga w ludzkim ciele jest niczym światło, które zostaje zapalone w kraju, gdzie panuje mrok i ciemność, że przychodzący Jezus pomnaża radość i zwiększa wesele. Możemy zrozumieć dlaczego aniołowie ogłaszają: „radość wielką” z powodu narodzenia się Jezusa. Jeśli spełnia się to, za czym tęsknimy, nasz smutek natychmiast znika. Wyobraźmy sobie co by było, gdyby świat medyczny ogłosił, że właśnie epidemia została opanowana, a wirus pokonany, albo że mamy lekarstwo, które czyni go zupełnie nieszkodliwym.

ale czy dla księdza arcybiskupa tegoroczny adwent także był trudny?

Adwent dla mnie był niewątpliwie inny niż wszystkie do tej pory. Nie mówię: „trudny”, ale „inny”. Przecież, gdyby nie epidemia, miałbym dziś za sobą kilkaset spotkań z Dolnoślązakami na tzw. spotkaniach świątecznych, wigiliach. Składalibyśmy sobie życzenia, wymienialibyśmy się spostrzeżeniami dotyczącymi naszego życia społecznego, religijnego i nie ukrywam, że tych spotkań mi brakuje. Traktowałem je zawsze okazję do słuchania. Okazji do tego, by mówić księdzu czy biskupowi na pewno nie brakuje – nawet w czasie epidemii Msze święte, homilie czy listy pasterskie, które kierowałem do wiernych były przekazywane przez parafie oraz przez media. Papież Franciszek zwraca jednak uwagę, że zanim ksiądz otworzy usta powinien dużo i długo słuchać: Boga i ludzi. I nie ukrywam, że brakuje mi spotkań takich bezpośrednich, w czasie których rozmawiamy twarzą w twarz. A czy widzę powody do radości? Jan Paweł II powtarzał, że dla chrześcijanina żadna sytuacja nie jest beznadziejna, bo chrześcijanin jest człowiekiem nadziei. Adwent przypomina, że Bóg nigdy nie zostawia człowieka samego, że On zawsze jest obecny w naszej historii i że ostatnie słowo zawsze będzie należało do niego. Więc dziś przede wszystkim chcę się dzielić tą nadzieją, że przyjdzie moment, kiedy – jak zapisał Izajasz – nad mieszkańcami kraju mroków zabłyśnie światło.

Czyli – jak mówił, wprowadzając nas w adwent papież Franciszek – że pośród burz życia, Bóg zawsze wyciąga do nas rękę i uwalnia nas od zagrożeń…

… tak, ale tutaj nie wolno tego zdania urywać. Ono mi się bardzo podobało, bo było takie w stylu Ojca Świętego: proste i jasne, łatwe do zrozumienia. Papież powiedział, że Bóg wyciąga do nas rękę i uwalnia od zagrożeń, ale dodał także, że „od nas zależy, czy będziemy się Go chwytać”.

No dobrze, ale muszę dopytać – mamy się z czego cieszyć w związku z tymi świętami? Patrzę na ludzi i widzę że te wszystkie świąteczne piosenki i lampki w galeriach handlowych nie działają, a na pewno nie w takim zakresie jak w poprzednich latach. Ludzie chodzą smutni

Pytanie powinno brzmieć: z czego się cieszy współczesny człowiek? Co dla niego jest przyczyną radości? Ile razy przeżywaliśmy takie chwile, kiedy wydawało się nam, że musimy coś osiągnąć i wtedy będziemy naprawdę szczęśliwi. Kiedy natomiast to osiągaliśmy szybko się przyzwyczajaliśmy i pragnęliśmy czegoś nowego… Ile razy ludzie mówili: „myślałem, że jak skończę studia będę szczęśliwy, jak wyjdę za mąż będę szczęśliwa, jak dostaną pracę, awans, skończę budowę domu wówczas niczego już nie będę potrzebował do szczęścia”. A potem powtarzali: „skończyłem studia, wyszłam za mąż, mam pracę… jest dobrze, ale ciągle czegoś mi brakuje”. Kto by jeszcze rok temu powiedział, że będziemy tęsknić za możliwością wyjścia na spacer, a przecież wiosną, kiedy obowiązywały bardzo restrykcyjne przepisy takie głosy dawało się słyszeć. Spotkania z najbliższymi, korzystanie z kultury, rekreacji, a także uczęszczanie na Eucharystię – to wszystko wydawało się takie oczywiste, że wręcz mieliśmy wrażenie, że nic i nikt nam tego nie zabierze, że to nam się należy i zawsze jest w zasięgu ręki. Szukaliśmy wtedy radości w czymś innym, chcieliśmy czegoś więcej… Trzeba powiedzieć sobie, że prawdziwa radość nie tyle bierze się z tego, co dzieje się dookoła mnie, ale z tego co jest we mnie, z tego co noszę w swoim sercu. Dla mnie  powodem do radości, którego nie mogę nie zauważyć, jest ogrom dobra, jaki pojawił się w związku z epidemią. Ludzie zaczęli interesować się losem tych, którzy obok nich mieszkają. Nawet jeśli wcześniej ich kontakt ograniczał się do zwyczajowego „dzień dobry”. Teraz robili sobie wzajemnie zakupy, wspierali w trudnych momentach, poznali swoje imiona, dowiedzieli się czegoś więcej o sobie. Wierzę, że kiedy epidemia się skończy te relacje będą się nadal rozwijały i ucieszymy się sobą nawzajem.

Można powiedzieć, że spełniły się słowa papieża Franciszka, który mówił, że Chrystus puka do drzwi Kościoła od środka, że chce wyjść na zewnątrz do ludzi biednych, potrzebujących pomocy, marginalizowanych?

Powiem więcej – jako ludzie wierzący znaleźliśmy się w sytuacji, w której odebrano nam jeden z głównych filarów naszej chrześcijańskiej tożsamości. Ograniczenie ilości osób, które mogą się modlić w kościołach czy lęk przed przebywaniem w większej grupie dla wielu osób oznaczało brak dostępu do Mszy świętej i nabożeństw, takich jak gorzkie żale, rekolekcje, roraty, nabożeństwa majowe ku czci Najświętszej Maryi Panny. Stanęliśmy przed pytaniem: co sprawia, że chrześcijanin jest chrześcijaninem w sytuacji, kiedy nagle tradycyjna działalność kościoła ustała? I tutaj odpowiedź może być tylko jedna: osobista modlitwa i relacja z Panem Bogiem oraz miłość bliźniego.

Dobrze, że ksiądz arcybiskup dotknął tego tematu, bo od tygodnia obowiązuje w naszej diecezji dyspensa od obowiązku uczestnictwa w Eucharystii w niedziele i święta. Co spowodowało, że metropolita wrocławski podjął decyzję o udzieleniu dyspensy?

Wiele razy powtarzałem, że dyspensa nie oznacza zakazu udziału w nabożeństwach. Jest pewnym przywilejem, prawem z którego możemy ale nie musimy korzystać. Każdy tutaj podejmuje decyzje we własnym sumieniu. Mam jednak świadomość, że są ludzie (a wielu z nich należy do grupy ryzyka) którzy nie wyobrażają sobie Świąt Bożego Narodzenia bez Pasterki i że w tych ludziach może rodzić się pewien konflikt sumienia: z jednej strony – presja, by pójść na tę Mszę św., z drugiej – lęk przed chorobą, która może być poważnym zagrożeniem dla nich i ich najbliższych. Uznałem, że trzeba tym ludziom wyjść naprzeciw i pomóc im ten konflikt sumienia przezwyciężyć. Poza tym zakładam, że na terenie naszej diecezji mogą pojawić się wierni, którzy na co dzień mieszkają w innych diecezjach, gdzie takie dyspensy obowiązują. Żeby zatem uniknąć takiej sytuacji, że w jednej rodzinie jedni, chroniąc siebie i najbliższych, skorzystają z dyspensy, a inni będą czuli wyzuty sumienia i wewnętrzny nacisk na to, by iść do kościoła podjąłem decyzję o dyspensie. Jeszcze raz jednak powtarzam – ona nie oznacza zakazy udziału w nabożeństwach. Nasze kościoły pozostają otwarte i można w nich się modlić, kiedy czujemy taką potrzebę.

Pamiętam jak ksiądz arcybiskup mówił o uczuciach, jakie towarzyszyły mu kiedy sprawował Wigilię Paschalną w pustej i ciemnej katedrze. Możemy się spodziewać, że na pasterce w tym roku także będzie mniej ludzi niż zazwyczaj. Czy nie ma ksiądz arcybiskup takiego przekonania, że te puste kościoły są pewnym proroctwem, tego co nas czeka w niedalekiej przyszłości?

To pojęcie „czas pustych kościołów” stało się głośne dzięki czeskiemu księdzu Tomaszowi Halikowi. Z tym, że nawet on sam wypowiada te słowa w trybie przypuszczającym… Może tak być, ale nie musi. Pewne jest to, że codzienny bieg świata został wstrząśnięty, nasze kościelne życie również. I oczywiście musimy sobie stawiać pytanie: Co Bóg chce nam przez to powiedzieć? Jedni będą przywoływać obraz zburzenia świątyni jerozolimskiej, który sprawi sprawił, że judaizm musiał przejść poważną reformę. Trzeba było zrezygnować z rytuałów i ofiar składanych wspólnie na rzecz ofiar indywidualnych i modlitw rodzinnych. Nacisk położono na studiowanie Pisma Świętego, modlitwę i pełnienie uczynków miłości. Opierając się na tym obrazie można mówić, że dziś chrześcijaństwo znajduje się w podobnej sytuacji. Mi jednak osobiście bliższy jest opis tego, co spotkało Abrahama: „wyszedł, nie wiedząc dokąd idzie”, ale ufał, że Pan Bóg go prowadzi do tego, co jest dla niego dobre. Kiedy pojawiły się pierwsze doniesienia o wirusie, wydawało nam się, że to będzie jedynie krótka przerwa w funkcjonowaniu świata, coś w rodzaju przerwy w dostawie prądu. Żyliśmy w przekonaniu, że zaraz wróci normalność. Dziś w jakimś sensie nauczyliśmy się żyć bez tego, do czego tak się przyzwyczailiśmy i kiedy już minie epidemia wszystko trzeba będzie budować na nowo, także życie religijne. Myślę, że nie będzie przesady w stwierdzeniu, że możemy znaleźć się w miejscu, w którym funkcjonowali pierwsi chrześcijanie: świat wokół nich był bardzo pluralistyczny, oni sami byli często w mniejszości… a jednak żyli tak, że przyciągali innych do swoich wspólnot. Tu widzę ogromną rolę naszych parafii. Żeby były wspólnotami przyciągającymi.

Proszę zatem o receptę – jak przeżyć święta Bożego Narodzenia jeśli nie pójdziemy na Mszę św., jeśli nie spotkamy się z bliskimi na wigilii, nie połamiemy się opłatkiem, nie złożymy sobie życzeń… szczerze – aż trudno się o tym mówi. To się wydaje takie nieprawdopodobne.

Przede wszystkim te znaki zewnętrzne o których ksiądz mówi: wigilia, choinka, prezenty, opłatek czy nawet Msza św. Pasterska mają być wyrazem tego, co nosimy w swoim sercu. Zacznę od Eucharystii – przeżywamy ją, by się połączyć z  Jezusem, by Jezus narodził się w nas – jak to często powtarzamy. To teraz przede wszystkim o to Boże Narodzenie w naszych mieszkaniach i rodzinach trzeba zadbać na tyle na ile jest to możliwe. Można umówić się z księżmi na spowiedź w większym pomieszczeniu i przy zachowaniu bezpiecznej odległości. Można, a nawet trzeba wyjąć Pismo Święte i przeczytać w czasie wigilii fragment o narodzeniu Pana Jezusa (to jest drugi rozdział Ewangelii św. Łukasza). Można w różny sposób pokazać bliskim, że są dla nas ważni, że ich bardzo kochamy i nawet jeśli nie możemy się dziś spotkać i obdarować prezentami, obdarujmy się życzliwą rozmową (nawet jeśli musi to być rozmowa telefoniczna czy za pośrednictwem Internetu), czasem poświęconym sobie. A może trzeba tez powiedzieć komuś przepraszam i przebaczam – to także jest dobry czas. Przecież biały opłatek i wzajemne się nim dzielenie ma być znakiem naszego pojednania z innymi. I co ważne – nie są to formy zastępcze, ale prawdziwe świętowanie Narodzenia Syna Bożego.

Księże Arcybiskupie, wiemy już że księża nie będą odwiedzać w tym roku także domów swoich parafian, tak jak to było do tej pory. Powiedzmy zatem jak pasterz Kościoła wrocławskiego wyobraża sobie kolędę?

Tu nie chodzi o moje wyobrażenia, a o to, co jest możliwe do zrealizowania w taki sposób, by nikogo nie narazić na zarażenie się. Rzeczywiście wizyta duszpasterska w tradycyjnej formie, kiedy ksiądz przechodzi z mieszkania do mieszkania i z domu do domu jest dziś niemożliwa. Celowo użyłem określenia „wizyta duszpasterska” a nie kolęda, bo wprawdzie przyjęło się, by te spotkania księży z parafianami odbywały się w okresie Bożego Narodzenia, ale nikt nie powiedział, że można przenieść je na inny czas. Zatem możemy wyobrazić sobie kolędę np. w maju. Oczywiście jeśli ustali to proboszcz, wspólnie z parafianami, bo to oni tworzą daną wspólnotę. Wiem, że w wielu parafiach wierni są zapraszani do kościoła na Eucharystię. Przychodzą np. mieszkańcy danej ulicy czy miejscowości (to zależy od wielkości świątyni). Po wspólnej modlitwie otrzymują oni buteleczkę z wodą święconą oraz teksty błogosławieństwa i po powrocie do swoich domów sami błogosławią swoje miejsce zamieszkania. W wyjątkowych sytuacjach kolęda może odbyć się na zaproszenie wiernych, jednak tutaj zalecałbym zachowanie środków bezpieczeństwa.    

Rozmawiał ks. Rafał Kowalski  

Skontaktuj się z redakcją Radia Rodzina!

Skontaktuj się z redakcją Radia Rodzina!

71 322 20 22 studio@radiorodzina.pl
Skip to content